http://www.makepovertyhistory.org Czeczenia
Czeczenia
Najlepiej wygląda w
Pobierz Firefoksa!

Ałła Dudajewa: Ocenią nas potomkowie

Ismaił Kurbahażijew: Historia każdego narodu i państwa naznaczona jest tragicznymi datami. Dotyczy to również Czeczenii. Dla pokolenia mego pradziadka był to rok 1937, dla mojego dziadka i ojca - luty 1944 r. 11 grudnia 1991 r. - to dzień tragedii wszystkich Czeczenów. Rosjanom i światowemu społeczeństwu wojna rosyjsko-czeczeńska tak spowszedniała, że kolejne rocznice jej wybuchu na nikim nie robią wrażenia. Nikt nie dostrzega ile pochłonęła ofiar; setki tysięcy ludzi odeszły w niepamięć. Wojna pozbawiła wielu z nas dzieciństwa, okaleczyła na trwałe. Starła w pył nasze miasta, wsie, meczety i domy.
O wojnie rosyjsko-czeczeńskiej rozmawiam z Ałłą Dudajewą, żoną prezydenta Dżochara Dudajewa - pierwszego prezydenta niepodległej Iczkerii, poległego 21 kwietnia 1996 r. Niedawno ukazała się pani książka "Milion pierwszy". Co skłoniło panią do jej napisania? Dług wobec męża, wobec Czeczenów? Czy też postanowiła pani rozwiać wątpliwości o wydarzeniach tamtych dni?

Ałła Dudajewa: I jedno i drugie: dług wdzięczności wobec męża i miłość do narodu czeczeńskiego. Wracam wciąż wspomnieniami do roku 1991. Nasz dom był wówczas pełen dziennikarzy. Dżochar nie nadążał z udzielaniem wywiadów. Z upoważnienia Dżochara na wiele pytań odpowiadałam ja. Mówił: "Nie bój się, Ałła. Wiem, że sprostasz. Nie zapomnij tylko powiedzieć: ocenią nas potomkowie". Motto bardzo spodobało się dziennikarzom i posłużyło za tytuł mojego wywiadu. Życie tak szybko upływa. Dziś nie pamiętamy, co zdarzyło się wczoraj. Pamięć tak łatwo rozpływa się w rzece czasu, zagubiona, uwikłana w kłamstwa polityków. Jak ją pojmą nasze dzieci, a tym bardziej odlegli potomkowie? Pragnę, aby ze szczegółami poznali tę prawdę. Pozostaję z nadzieją, że po przeczytaniu mojej książki wielu Rosjan nas lepiej zrozumie.

I.K.: Książka "Milion pierwszy" cieszy się dużym zainteresowaniem czytelników. Jest to dowód popularności Ałły Dudajewej, czy też czytelnicy pragną poznać nieznane fakty z życia Dżochara Dudajewa?

A.D.: Zapewne świadczy o pragnieniu lepszego poznania Dżochara, ale i prawdy o tej okrutnej, wyniszczającej wojnie. Myślę, że dziś Rosjanie bardziej niż kiedykolwiek zaczęli interesować się losem Czeczenów, próbują ich zrozumieć. Zwłaszcza kobiety... wielu bliskich, krewnych, znajomych, kochanych - walczy lub poległo na tej wojnie.

I.K.: Szczegółowo opisuje pani śmierć swego męża. Po zakończeniu pierwszej wojny rosyjsko-czeczeńskiej nie ustawały manifestacje ludzi wierzących, że Dżochar Dudajew żyje, że wkrótce powróci do domu. W jaki sposób przekonała ich pani, że jest to niemożliwe?

A.D.: Był to najcięższy okres w moim życiu. Oprócz ludzi oddanych, darzących Dżochara miłością, oczekujących jego powrotu, byli i tacy, którzy pragnęli zburzyć filary naszego państwa. Filary wzniesione przez Dżochara i jego współbojowników. Ale, gdyby Dżochar żył, Asłan Maschadow nie mógłby sprawować funkcji prezydenta. Po drugie, gdyby ludzie uwierzyli, że Dżochar - symbol Wolności niepokornej Iczkerii, zbiegł - spełniłoby się najskrytsze marzenie jego wrogów. Dla Czeczena nie ma większej hańby! Jednak ludzie, którzy nie widzieli śmierci Dżochara, woleli trwać w nadziei, że jedynie został ranny, że wkrótce powróci. Każdy, kto był innego zdania - niweczył tę nadzieję. Byłam przy śmierci męża. Nie mogłam kłamać. Po dwóch dniach od śmierci Dżochara, oficjalnie, wobec całego świata, potwierdziłam ten smutny fakt. W roku 1997 powstał film, w którym o tym opowiedziałam, na miejscu zamachu - w Gechi-Czu. Mimo to naród czeczeński wciąż żywił nadzieję, bowiem w Koranie powiedziano: "Tych, którzy podążają drogą prawdy - nie martwych zabieram, lecz żywych".

I.K.: W roku 1996 została pani zatrzymana na lotnisku w Nalczyku. Co tam się zdarzyło? I nieco później - historia "potajemnej ucieczki" z Moskwy. Nałożono na panią areszt domowy.

A.D.: To długa historia... Podróżowałam z aktualnym czeczeńskim paszportem. Zatrzymano mnie twierdząc, że wiedzą kim jestem, że nie wyprę się swojej tożsamości. Było ze mną kilku przyjaciół. O nich najbardziej się lękałam, nie o siebie, choć ich dokumenty były bez zastrzeżeń. Poprowadzono ich pod wzmocnioną eskortą do samolotu. Ale Musa Idigow, wierny przyjaciel i ochroniarz, w ostatniej chwili wysiadł z samolotu, aby dotrzymać mi towarzystwa. Potajemnie, w wielkim pośpiechu wprowadzono mnie do samolotu, który jak się okazało, odlatywał do Kisłowodska. Musa pozostał w Nalczyku. W Kisłowodsku byłam wielokrotnie przesłuchiwana przez oficerów specsłużb. Interesowała ich tylko śmierć Dżochara. A ja niczego nowego, poza tym co oświadczyłam na konferencji prasowej, dodać nie mogłam. Bardzo niepokoiłam się wtedy o Musę. Obiecali, że zabiorą go ze mną do Moskwy, a nie (czego najbardziej się bałam) do obozu filtracyjnego. Na drugi dzień przewieziono nas do Moskwy. Na polecenie Jelcyna zostałam zwolniona, lecz Musę zamknięto w więzieniu na Łubiance. Uznałam, że jest to lepsze, niż obóz filtracyjny, skąd ludzie wychodzą ciężko okaleczeni, lub giną bez śladu. Ulicę, na której mieszkałam, strzegły samochody służb specjalnych. Od czasu do czasu byłam wzywana na przesłuchania. Dwa tygodnie przed wyborami prezydenta FR, w obawie przed kolejną prowokacją specsłużb, postanowiłam potajemnie wyjechać z Moskwy. Po moim zniknięciu media podniosły panikę, gazety prześcigały się w przedstawianiu niewiarygodnych wersji. Wyjechałam z Moskwy bez paszportu, dysponowałam jedynie tymczasowym zaświadczeniem. Później dowiedziałam się, że zamierzano mnie wywieźć do zamkniętego ośrodka wczasowego, jakoby w celu podratowania zdrowia.

I.K.: Pisała pani o Jelcynie: "I kucharz pijany nie doczekawszy świtu, razem z kaszą spali doszczętnie kuchnię". Wielu z nas wprawiły w konsternację słowa wypowiedziane w Moskwie: "Nasz prezydent Jelcyn". Kazano to pani powiedzieć, czy faktycznie uważała go pani za "najlepszego z najgorszych"?

A.D.: Podczas pobytu w Moskwie udzielałam codziennie wywiadów. Mówiłam o partii wojny, ujawniałam nazwiska ludzi z otoczenia prezydenta, będących w jego łaskach. Jelcyn był żałosny i śmieszny, dlatego nie czułam do niego specjalnej wrogości. Natomiast z całej duszy nienawidziłam tych, którzy zaprzedali naród czeczeński i rosyjski. Ze wszech sił pragnęłam pokoju, w imię którego żył i został zamordowany Dżochar. Pragnęłam jak najszybszego zakończenia tej niehonorowej wojny, pozbawiającej życia synów Czeczenii i Rosji. Wykorzystano mnie w show - kampanii przedwyborczej Jelcyna. Powiedziałam: "Nie tyle on jest winien, co ci, którzy zarabiają na tej wojnie krocie, nie dopuszczając do jej zakończenia. Jelcynowi oprócz hańby ta wojna nic nie przyniosła". Upowszechniono jedynie wyrwany z kontekstu fragment mojej wypowiedzi. Abym nie usiłowała protestować, jeden z oficerów specsłużb, przypomniał mi o uwięzionym Musie Idigowie. "Wszystko mu się może przydarzyć" - powiedział wymownie. Nie od razu zrozumiałam jego intencje... Nazajutrz wszystkie stacje telewizyjne pokazały moją twarz... Dlatego musiałam powstrzymać emocje, poddać się, gdyż ważniejsze było powstrzymanie przelewu krwi w Iczkerii i los Musy.

I.K.: Nie jest tajemnicą, że w Czeczenii o pani losie rozpowszechniane są nieprawdopodobne opowieści. Mówi się na przykład, że wyszła pani za mąż za sobowtóra Dżochara...

A.D.: Tego rodzaju szkalujące wymysły są dziełem szpicli, Co dziwne - wielu z nich szczerze kochało Dżochara. Widocznie dlatego wymyślili sobowtóra. Mężczyźni rzadko zadają pytania, zaś kobiety poznawszy prawdę, płaczą i przekonują, abym czekała na Dżochara, że on wcześniej czy później do mnie wróci.

I.K.: Mieszka pani w Turcji. Czym się pani aktualnie zajmuje?

A.D. Choć mieszkam w Turcji z rodziną, moje serce jest w Czeczenii. Bardzo tęsknię za Czeczenią. Pragnę tam wrócić. Wierzę, że tam zamieszkam. Piszę kolejną książkę, zajmuję się działalnością kulturalno-informacyjną, maluję. Organizuję wystawy twórczości plastycznej poświęconej Iczkerii.

I.K.: Jakie motywy pani maluje? Wojna wciąż jest obecna w pani twórczości?

A.D.: Mój ostatni obraz powstał z inspiracji poematem "Hadżi Murat" Lwa Tołstoja. Przedstawia dumny kwiatek kłującego jasnopurpurowego popłochu na tle panoramy czeczeńskich gór - symbol umiłowania wolności.

I.K.: Kiedy po raz ostatni była pani w Groznym?

A.D.: Wyjechałam z Iczkerii pod koniec 1999 roku. Wrócę tam, gdy tylko będzie to możliwe.

I.K.: Nie zamierza pani zwrócić się o azyl polityczny w którymś z krajów demokratycznych?

A.D.: Nie. Mam czeczeński paszport. Czeczenia jest moją ojczyzną. Marzę o czasach, kiedy będę mogła zamieszkać z rodziną w wolnej Czeczenii, we własnym domu.

I.K.: Jest pani z pochodzenia Rosjanką. Proszę powiedzieć, co było trudniejsze dla pani - być żoną generała, zbuntowanego lidera republiki, czy po prostu - żoną Czeczena?

A.D.: Trudno być żoną Czeczena. Ale... ciekawie. Żoną generała łatwo być. I przyjemnie... Natomiast nadzwyczaj trudno być żoną wyjątkowo buntowniczego prezydenta...

I.K.: Gdyby mogła pani ponownie dokonać wyboru - wybrałaby pani los, którego doświadczyła, czy życie znacznie łatwiejsze?

A.D.: Wybrałabym to samo życie, ono było moim przeznaczeniem. Życie z ukochanym mężczyzną, życie dla ukochanego mężczyzny. Są teraz w moim otoczeniu prawdziwi, wierni przyjaciele. Wielu z nich to również przyjaciele Dżochara. Niektórych nie znał, o wielu nie słyszał, jednak - jak się okazało - ma ich na całym świecie. Napawa mnie to dumą.

I.K.: Wiemy o pani czeczeńskiej rodzinie. Chyba nikt nie słyszał o drugiej - rosyjskiej. Ma pani rodzeństwo? Czy to prawda, że ojciec jest generałem? Jak reaguje na wydarzenia i troski, których pani doświadcza?

A.D.: Nie mam rodzeństwa. Mój ojciec, Fiodor Wasiliewicz Kulikow, był majorem, gdy poślubiłam Dżochara. Moi rodzice bardzo go polubili, byli z niego dumni. Moja mama, Walentyna Pietrowna, z domu Iwanowa, zmarła w 1992 r., tuż po wybuchu pierwszej wojny rosyjsko-czeczeńskiej. Ojciec bardzo się rozchorował i postarzał po jej śmierci. Bardzo przeżył śmierć Dżochara.

I.K.: Pani los często jest porównywany do losu Manany Gamsachurdii, żony prezydenta Gruzji Zwiada Gamsachurdii. Przez pewien czas mieszkali w Groznym. Przyjaźniliście się?

A.D. Rząd CzRI udzielił prezydentowi Gruzji i jego rodzinie azylu politycznego. Dobrze znam Mananę i jej dzieci. Często się spotykaliśmy.

I.K.: W swojej książce często przytacza pani cytaty z Koranu. Przyjęła pani islam.

A.D.: Moja droga do islamu była długa. W różnych książkach szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, sny, znaki. Szukałam wyjaśnienia różnych zjawisk. Jednak to właśnie Koran stał się moim odkryciem, moim przewodnikiem. Islam jest bardzo humanistyczną i sprawiedliwą religią. Daje człowiekowi wsparcie. Tymczasem politycy, wykorzystując ludzką niewiedzę, straszą świat fanatycznymi muzułmanami.

I.K.: O co najczęściej prosi pani Najwyższego?

A.D.: Proszę Boga o to, o co modli się cała Iczkeria. Aby na naszą ziemię powrócił pokój, aby naród czeczeński odzyskał wolność i niepodległość. Gdyby Bogu do spełnienia moich próśb potrzebne było moje życie, oddałabym je natychmiast. Oddało już za to życie dwieście tysięcy ludzi. Wśród nich było dużo ode mnie lepszych.

I.K.: Choć nie jest pani politykiem, proszę powiedzieć, jak widzi pani przyszłość Czeczenii. Wciąż pani wierzy w możliwość odrodzenia niepodległego państwa czeczeńskiego?

A.D.: Współczesna Czeczenia jawi mi się wolną i niepodległą. A co do państwa czeczeńskiego - przecież ono istnieje od dawna.

Powrót na górę

Wywiad opublikowany na stronie Lithuania.Marsho w lipcu 2005.