http://www.makepovertyhistory.org Czeczenia
Czeczenia

Najlepiej wygląda w
Pobierz Firefoksa!

Siłą wilka jest rodzinne stado.

Siła watahy na tym polega, że żyje niczym jeden wilk.

"W przyrodzie, prawa dzikich zwierząt przestrzegane są z większą surowością, aniżeli prawa człowieka na świecie" - tymi słowy rozpoczął swoją opowieść mój dziadek, stary myśliwy Ucmi. - "Na polowania zawsze chodziłem w pojedynkę. Gdy obcujesz sam na sam z przyrodą - dostrzegasz, obserwujesz i odgadujesz jej tajemnice. Zaczynasz ją rozumieć, widzisz i odczuwasz wszystkie przejawy życia. Obcujesz i porozumiewasz się z nią niczym z żywą istotą. Znajdujesz język pełnego porozumienia; stajesz wobec propozycji ofiarowania życia w zgodzie z prawami natury. Jednak człowiek stał się nieświadomym wrogiem przyrody. Nietrudno więc czasem zrozumieć sprawców szkód i nieszczęść jakże bezcennego, jej nieskazitelnego piękna. Lecz przyroda jest bezwzględna wobec swych krzywdzicieli". "Uważam, że tragedia ludzka - mówił Ucmi, - jest karą za grzechy przeciwko przyrodzie. Jeśli ktoś kiedykolwiek spoglądał w dół ze szczytu góry Telip-kort, pojmie tę prawdę i nigdy już nie wyrządzi krzywdy przyrodzie. Wielokroć rozkoszowałem się pięknem okolicy, dostrzegalnym ze szczytu tejże góry. W noc księżycową widać stąd jak na dłoni wieś Centaroj i spływający bystrym nurtem, szemrzący źródlany potok Jasi. Zahaczając o głazy, tworzy rozpryskujące się małe fontanny. Omijając przeszkody, źródlana rzeczka wypływa na równinną przestrzeń, ciągnie się przez stepy nogajskie i wpada w objęcia Morza Kaspijskiego. Zawsze, gdy schodzę z góry Telip-kort, zatrzymuję się na chwilę i w zachwycie mówię: Jakże żal rozstawać się z takim pięknem!". - Pewnego razu, gdy dotarłem do zwisającego głazu, - snuł opowieść Ucmi - na ścieżce, zagradzając mi przejście, stało stado pięciu wilków. Dokładnie w odległości dwunastu kroków ode mnie stały wilki, złowieszczo powarkując i prowokacyjnie szczerząc kły. Zrozumiałem, że jeśli nie ustąpię im drogi, bez walki się nie obejdzie. Zszedłem więc ze ścieżki... Wilki przeszły obok mnie nie troszcząc się o zachowanie ostrożności, jak gdyby nigdy nic, jakby mnie w ogóle tam nie było. Nie minęło pół godziny i usłyszałem wilcze wycie dochodzące ze szczytu Telip-kort, skąd właśnie zszedłem. Wszystko czego doświadczałem, było uderzająco podobne do czeczeńskiego chóralnego zikru.

Pod tym niezwykłym wrażeniem spoglądałem na księżyc i zachwycałem się pięknem okolicy długo wsłuchując się w wilczą pieśń. I tak wiele razy przecinały się nasze drogi.

W końcu nadszedł czas, by wyjaśnić wzajemne relacje.

W plecaku miałem dwa ustrzelone bażanty. Ścieżka, na której znów się spotkaliśmy, była miejscem zbyt niebezpiecznym, by stoczyć tu walkę. Jak zazwyczaj, mocno chwytając się gałęzi, aby nie stoczyć się w przepaść, zwolniłem wilkom drogę. Jednakże nieoczekiwanie wilk-przewodnik wykonał gwałtowny skok i zatrzymał się przede mną. Zdjąłem plecak i położyłem na ziemi. Załadowałem strzelbę. Wilk zrobił stójkę, szykował się do skoku, dając mi tym samym do zrozumienia, że stanąć naprzeciw uzbrojonego człowieka - to dlań nie pierwszyzna. Po czym, lekko się rozluźnił (jakby dawał mi do zrozumienia, oto mam szansę do rozejścia się w zgodzie) i skłonił głową w kierunku stada. Dwa wilki w mgnieniu oka rzuciły się na plecak, pozostawiając tylko strzępy. I odeszły, zabierając jednego bażanta. W ślad za stadem podążył wilk-przewodnik. Nie mogąc otrząsnąć się z przeżycia, dość długo siedziałem jak skamieniały. Często chodziłem na polowania na szczyt Telip-Kort. Pewnego razu, obok starego dębu, nasze drogi znów się zeszły. Tym razem w plecaku miałem jednego bażanta. Natychmiast rzuciłem stadu plecak i odszedłem na ubocze. Wilk-przewodnik zbliżył się do plecaka, obwąchał i... odszedł nie naruszając zawartości.

Od dziesięcioleci w naszej wsi nie zdarzyło się, aby wilki napadły na bydło. Ludzie odwykli od zagrożenia ze strony leśnych drapieżników. Jednakże pewnej nocy rozległy się wystrzały. Słychać było krzyki, że wilki zadusiły kilka owiec i dwie porwały. Poszedłem tam i zobaczyłem dwa wilki uciekające ze zdobyczą w głąb lasu. Własnym oczom nie dowierzałem... Wilki uciekały z owcami na grzbietach. Coś tak nieprawdopodobnego widziałem po raz pierwszy". - Zgodnie z wilczym prawem - ciągnął opowieść Ucmi, - w pobliskich wsiach wilcze stada nie wyrządzają szkód. Dlatego też doszedłem do wniosku, że sprawcami nie byli moi przyjaciele z Telip-kort, lecz wilki przelotne. Wilki z góry nie naruszyłyby spokoju swojej okolicy.

- Zdołają uciec niedostrzeżone przez gospodarzy Telip-kort? - pomyślałem o swym znajomym stadzie. Jeśli wilk-przewodnik spogląda czujnie na swoje posiadłości, wówczas niechybnie dojdzie do potyczki z nieproszonymi gośćmi. Nie zdążyłem się zastanowić nad sytuacją, gdy wśród dobiegającego w ciszy śpiewu ptaków, usłyszałem wycie wilków. Jakby ziemia zadrżała pod stopami... Może nie uwierzycie, ale wydawało mi się, że słyszę uderzenia łap, widzę błysk olśniewających kłów. Trwało to wszystko dwadzieścia minut.

Rankiem, po namazie, poszedłem do grupy ludzi opowiadających o trzech zabitych wilkach na zboczu góry, gdzie doszło do śmiertelnej walki dwóch wilczych stad. Poniżej urwiska znaleźli czwartego - poranionego, pogryzionego wilka. Wilki, zgodnie ze zwyczajem, nie pozostawiają przy życiu rannych wilków, nawet z własnego stada. - Znając ich obyczaje - mówił Ucmi, - rozejrzałem się wokół, czy przypadkiem w pobliżu nie czai się "sprawca".

Nie pomyliłem się... Co rusz wyglądał z lasu i nerwowo miotał się mój stary znajomy - przewodnik stada. Nasze spojrzenia się spotkały, wilk jakby tylko na to czekał... i ukrył się w lesie zadowolony ze swego postępku. Ludzie pognali nad urwisko z widłami, pałkami - z zamiarem dobicia rannego zwierzęcia. Wiedziałem, że prośbami nie powstrzymam tłumu. Wystrzeliłem dwukrotnie w powietrze. Krzyknąłem:

"Kto zrobi choćby jeden krok w kierunku wilka, przysięgam, trzeci strzał będzie jego!". Nad urwisko poszedłem sam. - Próbując nieporadnie poruszyć głową, leżał broczący krwią wilk. Wiedziałem, że jest w ciężkim stanie, że bez pomocy nie doniosę go do domu. Dwóch ludzi przystało na moją prośbę: "Jesteśmy gotowi ci pomóc, Ucmi. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, wilk stanął do walki w obronie naszych interesów. Zaniesiemy go, o ile jakakolwiek pomoc jest jeszcze możliwa". - "Znam dobrego weterynarza. Wilkowi potrzebny jest teraz spokój. Trzeba go zanieść do mojej chaty" - odpowiedziałem. - Niektórzy mieszkańcy wsi nie są zadowoleni, że uratowałem wilkowi życie".

Z każdym dniem umacniała się przyjaźń pomiędzy Ucmim a uratowanym wilkiem. We wsi wciąż toczono spory: jedni przekonywali, że wieś Centaroj spokojnie przetrwała lata całe, ponieważ strzegły jej wilki z Telip-kort.

Inni powiadali, jakoby Ucmi nosił martwe owce i krowy do wilczego legowiska na górze, i niby to, dlatego właśnie wilki strzegły wsi. Wszakże, co by tu dużo nie mówić, we wsi rzeczywiście panował spokój. Ucmi nadał imię uratowanemu wilkowi - Turpał. Gdy wymawiał to imię, wilk stawał na nogi i czujnie przyglądał się swemu wybawcy, a w jego oczach czaiło się pytanie: co dalej? Ucmi podawał wilkowi duże kęsy mięsa i wodę i razem tak biesiadowali. Wkrótce nadszedł czas rozłąki. Ucmi i Turpał wyprawili się na Telip-kort.

Kiedy zbliżyli się do zwisającego głazu, Ucmi dostrzegł stojące w szeregu wilki. Na przedzie, w stójce - z wysoko uniesioną głową, wyraźnie zaznaczając gotowość do walki - stał przewodnik stada. Ucmi przez moment zawahał się...

Pomyślał, że być może troszczył się i wykarmił wilka z obcego stada... Odwrócił się, spojrzał na Turpała...

Dostrzegł radość malującą się w jego błyszczących oczach. Postanowił, że może już odejść. Przekonany, że jego nieobecność nie zagrozi Turpałowi, poszedł wyżej, do źródła. Z oddali obserwował, jak stado radośnie powitało Turpała. Spokojnie udał się w drogę powrotną. Wydawało się, że nastał kres tragedii jego przyjaciół. Jednak los postanowił inaczej. Pewnego dnia Ucmi usłyszał dobiegające z Telip-kort echo wystrzałów. Nie upłynęły dwie godziny, jak po wsi rozniosła się wieść, że synowie Saida zabili wilczycę i zabrali dwa wilczki. Na podwórzu Saida ludzie drażnili bezbronne maleństwa. Ucmi podszedł i niezadowolony z karygodnego postępku braci, nawymyślał im.

Zawsze przecież przestrzegał: wilki nigdy nie wybaczają! Włożył wilczęta do worka i odniósł do legowiska.

"Co prawda wiedziałem - opowiadał Ucmi, - że wilki nie przyjmą wilcząt, jednakże miałem nadzieję, że kiedy mnie ujrzą, pozostawią je przy życiu". Lecz nadzieje okazały się płonne. Wilcze prawo jest bezlitosne. Po upływie tygodnia, wciąż lękając się o los wilczków, wybrał się znów do legowiska. Niepokój, jak się okazało, był uzasadniony.

Przy źródle leżały martwe wilczęta. Minął miesiąc, lecz wilki nie powróciły do swego legowiska, opuściły je na zawsze. Onegdaj, gdy późnym wieczorem Ucmi wracał z polowania, nagle naprzeciw niego wyrósł tak długo niewidziany Turpał. Wilk jakby go prosił, jakby go wzywał, aby poszedł za nim, jakby mu chciał coś pokazać. "Przyszedłem przecież - powiedział uradowany Ucmi, - ale po cóż to?!". Wilk zawarczał, domagając się posłuszeństwa.

Ledwie słyszalnie, lecz nie na żarty. Szedł przed siebie, oddalał się i co chwilę się zatrzymywał, nalegając by Ucmi szedł za nim. Turpał wyraźnie wzywał go na pomoc. "Gdy wilk skradał się w kierunku łąki Saida, ogarnął mnie lęk i popłoch - kontynuował opowiadanie dziadek. - Obok siebie leżeli martwi synowie Saida, a on sam był ciężko okaleczony. Tuż obok leżał zabity przez nich stary wilk, przewodnik stada. Spojrzałem za Turpałem oddalającym się w leśną gęstwinę i powiedziałem półgłosem: "Coś ty narobił?". Moje obawy sprawdziły się. Kiedy w domu Saida na stypie spotkali się ludzie, powiedział: "Moi synowie popełnili przestępstwo, za które zapłacili własnym życiem. Gdy wilki napadły na synów, pragnąłem im pomóc, lecz wilk-przewodnik zwalając mnie z nóg, nie pozwolił na to. Wilki nie ruszyły mnie dopóki nie zabiłem ich przewodnika, a ten zdążył jeszcze pogryźć mnie przed śmiercią. Wtem wyłonił się Turpał, zbił mnie z nóg, tym samym ratując mi życie. I nie dopuścił do mnie innych wilków. Wilki rozbiegły się w różne strony. Turpał poszedł osobno". Ucmi mówił: "W nocy podczas pełni księżyca z domu Saida dochodziła święta pieśń - zikr, zaś od góry Telip-kort do świtu niosło się wilcze wycie, zadziwiająco podobne do śpiewanego zikru. Czyżby wilki dzieliły naszą rozpacz i ból? Jak widać, nasze życie splecione jest nierozerwalnie z tkanką istnienia. My, wilkom podobni - Czeczeni, nie wybaczymy śmierci niewinnie zabitych sióstr i braci. Zdrady również nie wybaczymy. Dumny, nieujarzmiony naród czeczeński, który pragną złamać i upokorzyć, rzucić na kolana, pozbawić własnego "legowiska" i własnych praw. Ile to już lat ten naród jest rozszarpywany i męczony, jakby z zamiarem zmiecenia go z powierzchni ziemi? Jak myślicie? Wilcze stado nie stanie dęba? Da się upokorzyć? Myślicie: oni nie pokażą swoich kłów nieznanym, nieproszonym gościom przynoszącym zło? Każdy przewodnik, bez namysłu stanie w obronie swego stada, będzie walczyć do kresu sił, do zwycięstwa. Jak mawiał mój dziadek - dlatego, że siłą przewodnika jest rodzinne stado, zaś siłą Czeczenów - jedność, prawość, wiara i najświętsza ziemia ojczysta.

Ziemia przesiąknięta krwią najlepszych jej synów, i gorzkimi łzami matek... Już w latach 40. ubiegłego wieku, gdy naród czeczeński z rozkazu Stalina został deportowany do Kazachstanu, starcy - nasi przodkowie, ze łzami w oczach i bólem w sercu, myśleli o jednym, o swojej uświęconej ziemi. Bali się, że jej już nie ujrzą, bali się, że zostaną pochowani na obczyźnie. Gdy mój dziadek Ucmi dowiedział się o wysiedleniu, wziął z sobą garść ziemi ojczystej, zawinął w chusteczkę i wywiózł na obczyznę. Strzegł jej tam przez wiele lat, jak coś najświętszego, najdroższego. Strzegł jej aż do ostatniego tchnienia, do ostatniej godziny swego życia. Krótko przed śmiercią poprosił swego syna, mojego ojca, aby przyniósł to bezcenne zawiniątko.

Płacząc jak dziecko, drżącymi dłońmi rozwiązał rożki chusteczki. Zachłannie zagarnął ojczystą ziemię i całując ją, rzekł: "Szkoda, że nie tobie zostaną oddane moje szczątki, lecz niech ta garstka pierwsza spadnie na mój całun". Później, spoglądając na świadków tej wzruszającej chwili, powoli snuł swoją opowieść: "Żyliśmy sobie, nie podejrzewając, że gotują nam deportację. W pewien piękny poranek wybiła nasza godzina. Wieś została otoczona przez żołnierzy - byli wszędzie: na każdym podwórzu, na ulicach, a nawet w lesie. Wydano nam polecenie: szybko przygotować się do drogi. Zabrać z sobą to, co niezbędne, tyle tylko, ile ręce uniosą. Nasza piesza kolumna wyruszyła ze wsi pod eskortą konwoju NKWD. Droga wiodła przez las, mijaliśmy wsie. I oto, kiedyśmy doszli do wsi Achkinczu-Borzoj, idący na przedzie, zatrzymali się nagle bez komendy eskorty.

Rozległ się głos dowódcy: "Kto wydał komendę zatrzymania kolumny? Ej, wy tam, na przedzie? Dlaczego komenda stanęła?!". Eskortujący idący na czele odpowiedział: "Wilk przebiegł nam drogę!". - "Więc go zastrzelcie!" - padła odpowiedź. Turpał, gdy ludzkie stado zatrzymało się, zapewne pomyślał, że ludzie ucieszyli się z tego spotkania. Zobaczył bowiem w ich oczach ciekawość. Turpała również zdziwił taki ogrom ludzkiego stada.

Nigdy takiego nie widział. Wilk zbliżył się do kolumny i nie lękając się tłumu, wykonał kilka okrążeń przed stojącymi na drodze ludźmi, po czym ukrył się w gęstwinie, jak gdyby przywołując to ludzkie stado do siebie, do swego legowiska. Ludzie jednak wciąż stali nieruchomo. Turpał znów przybiegł przed kolumnę, znów kilka razy zakręcił się wokół, demonstrując ludziom przepiękny taniec. Wykonał kilka podskoków w kierunku lasu, odwrócił się do kolumny, przyglądając się pytająco nic nie rozumiejącymi oczami: "Dlaczego stoicie? Zawsze się rozumieliśmy... Powinniście powrócić do swego legowiska.

Co się z wami dzieje?". Idący na czele pojęli, że wilk pragnie ich dobra i nalega, by ruszyli za nim. Wszystkie jego życzliwe narowy tłumaczyli tym, że zwierzę najwyraźniej szuka kogoś w tłumie. Taniec wilka z wysoko uniesioną głową i wygiętym w górę ogonem wyrażał przyjaźń i oddanie. Mówił o przestrzeganiu wszystkich zasad przyjaźni między ludzkimi i wilczymi stadami. Ludzie z zachwytem spoglądali na wilka, zazdroszcząc mu wolności i urody. Widok Turpała był dla nich utrwalonym w pamięci obrazem nieprzemijającego piękna żywej przyrody. Turpał szukał wzrokiem swego starego znajomego - Ucmi. Wnet ich spojrzenia spotkały się. Ucmi tak wspominał to zdarzenie: "Jego oczy pytały mnie: - Dlaczego wasze stado odchodzi? Dokąd wy idziecie? Co się stało? Czy aby powodem waszego odejścia nie jest nasza ostatnia potyczka?". Wiedząc, co może się zdarzyć za chwilę, rzuciłem się wilkowi na ratunek. Nie zdążyłem przebiec nawet dziesięciu kroków, gdy seria z automatu powaliła Turpała. "Cóż za głupota..." - szepnąłem, i obejmując martwe zwierzę gorzko zapłakałem: - "W czymże tyś zawinił?". Wszyscy wokół oniemieli, a zwłaszcza eskorta, lecz już słyszeliśmy komendę: "Naprzód!", i kolumna ruszyła.

Wciąż płakałem nad utratą przyjaciela, a Czeczeni wiedzący o naszej przyjaźni, podtrzymywali mnie na duchu i poklepując po plecach, wyrażali swe współczucie. Gdy odeszli, podszedł do mnie komendant, który wydał rozkaz rozstrzelania wilka i powiedział: "Wybacz, dziadku. Gdybym to ja wiedział...

Ten wilk nam towarzyszył przez cały czas, od wsi Centaroj. Ja naprawdę nie wiedziałem dlaczego". Po czym dał rozkaz swoim żołnierzom, aby pomogli mi pogrzebać przyjaciela-wilka. Pochowałem Turpała pod drzewem gruszy. Stamtąd też wziąłem tę garstkę ziemi". Tak wspominając i opłakując swoją ojczyznę, zakończył dziadek swoje życie.

Oto, czym jest najświętsza ziemia ojców, oto, czymże jest rodzina, ojczyzna, honor. Podobnie jak mój dziadek, odeszło wielu naszych przodków. Nie przekraczając już nigdy progu rodzinnego domu, nie wdychając czystego górskiego powietrza, gdzie ten jeden jedyny, niepowtarzalny zapach dzikich roślin wyraża to, co bliskie. Własne. To jest ziemia najświętsza, ziemia, dla której dziś przelewamy krew. I nie są to pierwsze strumienie krwi, i nie dziś się to zaczęło. Trwa od dawna, od czasów Szejcha Mansura i Imama Szamila. Gdyby nasza ziemia mogła przemówić... ziemia, która nas zrodziła i która nas zabierze. Ileż krwawych historii by nam opowiedziała! O tych zabitych przez nieproszonych wrogów, o tragicznych losach rodzin czeczeńskich opowiedziałaby ta ziemia! Opowiadałaby tak długo, tyle że słuchanie tej okrutnej prawdy byłoby bardzo bolesne.

Nie do zniesienia! Krzyczelibyśmy z bólu: "Wystarczy! Już dosyć!". To jest nasza historia. Historia, o którą upominają się wspomnienia. Jest w naszych sercach, we krwi. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Historię dziadka opowiedział mi ojciec. Ja ją przekażę swemu synowi. Dzisiaj walczymy, przelewamy krew za zwykłe prawo.

Za prawo do życia na ziemi naszych ojców.

Strzeżemy każdego skrawka ziemi, każdego kamienia, wiekowych drzew, oddając w zamian to, co nam najdroższe - życie. Dlatego, że jest to nasze legowisko.

Nie ma legowiska - nie będzie stada.

Niechże te wysokie, potężne góry, na których są miejsca gdzie nie stanęła ludzka stopa, przy pomocy najwyższego zamachną się swoim ogromnym kamiennym skrzydłem i zmiotą barbarzyńców, którzy napadli na naszą ziemię najświętszą, profanując ją i niszcząc wszystko, co żyje. Stado wilcze toczy teraz walkę, osmalone płomieniami, broczące krwią. I nie poprzestanie na tym, dopóki wróg nie odejdzie z jego ojczystej ziemi. Z jego legowiska.

Wacha Banżajew dla Czeczenpress.

Tłum. Lamara

Powrót na górę